Trzydzieści dni Nowego Roku poza nami. Tym razem to prawdziwa zima, taka jakiej dawno nie było: ze śniegiem, mrozem i ślizgawicą. Radość dla młodych, którzy powyciągali dawno nieużywane sanki, chociaż czasami można było jeździć nawet na łyżwach po chodnikach. Chodzenie bardzo niebezpieczne, jedynie pomalutku „na pingwina”. Toteż większość czasu spędziłam w domu, Podobno pierwszy miesiąc to czas na rozruch, na zaplanowanie całego roku, wytyczenie ścieżek i celów. Jednak w obecnych czasach trudno coś planować. Codziennie nowe wyzwania, ciągłe kłótnie, wojny, akcje pozjazdowe. Kipi język nienawiści i wzajemne szczucie. Robi się szaro i smutno.
Nie można się poddać, trzeba szukać radości w każdej najmniejszej chwili, w każdym kontakcie z drugą osobą. Czasami trzeba uciekać do swojego zamkniętego świata, świata literatury płynącej z nagrań, która zanurza mnie w innej przestrzeni. Od takich lekkich jak: „Altanka pod magnolią” Sandry Podleskiej, czy „Podróże z moją kotką” Aleksandry Ziólkowskiej-Boehm, do trochę trudniejszych i poważniejszych jak „Światło, którego nie widać” Anthonego Doerra, czy „Czasy secondhandu” Swietłany Aleksijewicz. Ta ostatnia książka białoruskiej pisarki, laureatki nagrody Nobla z 2015, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Musiałam ją słuchać małymi kroczkami, wczuwając się w poszczególne rozdziały i przypominając sobie czasy „czerwonego człowieka”. Losy ludzi przeplatanych z historią. Z historią trudną, momentami bardzo okrutną. Oby nie chciała się powtarzać u nas. Póki co trzeba korzystać z myśli Wiktora Hugo „Śmiech jest jak słońce; przepędza zimę z twarzy człowieka”.
Miejmy chociaż w sobie trochę wiosny!
Trochę tego ciepła jednak było w mijającym miesiącu. Szczególnie tego ciepła rodzinnego, kiedy przyjechały dzieci, kiedy pomogły mi okiełzać komputer, pospacerować w zimowej aurze. Styczeń to również czas kolędowania, śpiewania kolęd i dzielenia się życzeniami. W tym roku było to mocno ograniczone, głównie wirtualne. Jednak udało mi się wysłuchać koncertu w naszej parafii, w lodowatym kościele, ale w gorącej atmosferze. Były też sympatyczne jasełka w Domu Polskim i zbiórka Referatu. Reszta przełożona na cieplejsze czasy.
Bardzo uroczyste pożegnanie Zygfryda, na które pojechaliśmy do Łabiszyna. Całe szczęście, że wtedy nie było jeszcze takich mrozów i zjechała się cała, bardzo liczna rodzina Janka.Aby zakończyć te miesięczne podsumowania bardziej optymistycznie, wczoraj dostałam decyzję o przyznaniu mi wsparcia w postaci asystentki. Tak więc w lutym, mam nadzieję, będę bardziej mobilna i aktywna.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz